O szóstej rano wróciłem z tegorocznej edycji Nocy Reklamożerców. Rok temu rozpływałem się nad ideą oraz organizacją imprezy i choć nadal uważam, że samo przedsięwzięcie jest fenomenalne i z różnych powodów warto wziąć w nim udział, to (łódzcy?) organizatorzy reklamowego maratonu zasłużyli tym razem na mocnego klapsa w pupę. Dlaczego?
Cena biletów w tym roku podskoczyła o
cztery złote, do złotych trzydziestu dziewięciu. Jeżeli
tendencja wzrostowa utrzyma się do następnej edycji, przekroczona
zostanie magiczna bariera czterdziestu złotych, co spowoduje z
pewnością to, że wielu potencjalnych uczestników jeszcze lepiej
zastanowi się, nim równowartość piętnastu piw wyda na
sześciogodzinny pokaz reklam. Tym bardziej, że płaci się coraz
więcej, a dostaje znacznie mniej.
Po pierwsze – plakaty Nocy
Reklamożerców (przynajmniej te, które wiszą w Łodzi) kłamią.
„Animacji”, „degustacji”, ani „promocji” w trakcie
imprezy się bowiem nie uświadczy. Być może organizatorzy
założyli, że zasłuchani w muzyce serwowanej przez DJ-a i biorący
udział w spontanicznych konkursach uczestnicy nie zorientują się,
że po raz kolejny są robieni w bambuko?
Po drugie – zabrakło Redbullów, po
prostu ich nie rozdawano. W połowie imprezy można zatem było
wybrać jedną z trzech opcji: wrócić do domu, usnąć na sali albo
ratować się sprzedawanym w barku Burnem. Wiele osób zdecydowało
się na tę pierwszą, a do końcowej części pokazu dotrwali naprawdę nieliczni.
Po trzecie – zabrakło płyt DVD z
kompilacją reklam z tegorocznej edycji, które w roku ubiegłym
otrzymywało się po kupieniu dwóch piw. Szkoda – mniemam, że
chętnych by nie zabrakło, a sprzedaż piwa byłaby większa.
Zdaję sobie sprawę, że mogę zostać
posądzony o przesadę, a wymienione braki można uznać za
naciągane. W moim mniemaniu jednak oszustwo należy piętnować, a
„niedociągnięcia” wskazywać palcem. Naprawdę chciałbym
dowiedzieć się, za co w tym roku zapłaciłem dodatkowe pieniądze.
W programie tegorocznej edycji Nocy Reklamożerców pojawiły się między innymi spoty z udziałem celebrytów, amerykańskie reklamy z lat 1950 – 1982, reklamy francuskie „z czasów kolonialnych” albo takie, które znaleźć można jedynie w internecie. Trudno jest mi ocenić dobór filmów, jakiego dokonano w tym roku, na tle edycji ubiegłorocznej; ważne, że nadal stawia się tutaj na różnorodność, a tematyczny przekrój spotów jest naprawdę szeroki. W pamięci zapadło mi przynajmniej kilka reklam – tłukący po garach goryl, „odświeżona” wersja znanego spotu piwa Budweiser, „Wassup 2008” czy parodystyczna odpowiedź Chevroleta na, spektakularną skądinąd, kampanię koncernu Citroen. Jednak mistrz może być tylko jeden. Sprawdźcie:
Nareszcie oficjalnie potwierdzić mogę narodziny nowego bloga. Ma on czterech tatusiów, a na to, w jakim kierunku będzie się rozwijał, wpłynąć może każdy z nich. FCF, czyli Fandom Centrum o Filmach, to platforma blogowa, przy pomocy której zamierzamy wspólnie pastwić się nad obejrzanymi przez nas filmami. Zapraszam serdecznie, zaglądajcie tam często:
W najnowszym, szóstym numerze Ziniola ukaże się mój tekst poświęcony twórczości Gartha Ennisa, irlandzkiego scenarzysty komiksowego. Premiera na Międzynarodowym Festiwalu Komiksu i Gier w Łodzi, czyli... już za trzy dni!
W tym roku niecierpliwie czekam jeszcze na przynajmniej trzy premiery filmowe: Survival of the Dead, Zombieland i (trochę mniej niecierpliwie) [Rec] 2. Pierwszy tytuł to kolejna odsłona cyklu ...of the Dead mistrza Romero (obawiam się jednak, że podzieli los poprzedzających go Kronik... i u nas trafi wyłącznie na DVD), drugi – parodia zombie movies (brakowało takiej od czasu Wysypu żywych trupów), a trzeci... cóż, druga część zombie-podobnego hiszpańskiego horroru (oparta na szalonym pomyśle jedynka była kiepska, ale obiecałem, że dam twórcom kolejną szansę). Trailer Zombieland wywołał u mnie skojarzenie z Zombienatorem – pomyślałem, że nadszedł wreszcie czas, aby przypomnieć na blogu tę kultową produkcję, trochę powspominać i, przede wszystkim, po latach udostępnić obraz szerszej publiczności, dzieląc się przy tym materiałami, które weszły w skład limitowanej edycji filmu.
O ile dobrze pamiętam, minęło pięć lat odkąd nakręciliśmy nasz film. Na dobrą sprawę tytuł ten nigdy nie miał oficjalnej premiery, można zatem przyjąć, że jej data pokrywa się z dniem, w którym – na dużym holu naszego liceum – sprzedaliśmy pierwszą ekskluzywną kopię Zombienatora. O ile ktoś nie wysypie się w komentarzach, cena tejże pozostanie słodką tajemnicą dystrybutorów. A skoro o dystrybucji mowa, na jakiś tydzień przed rozpoczęciem sprzedaży rozpoczęliśmy w szkole dosyć nachalną akcję promocyjną. Sukcesywnie zrywane (przez uczniów? przez panie sprzątaczki? przez nauczycieli?) ze ścian plakaty każdego dnia naklejaliśmy w nowych miejscach, dezorientując jednocześnie tych, do których nie dotarły wcześniejsze przecieki (czyli wszystkich poza kilkoma osobami, które wiedziały o filmie jeszcze przed jego zmontowaniem).
Budżet filmu faktycznie wyniósł niecałe trzydzieści złotych – w dniu kręcenia spotkaliśmy się przed Biedronką, a ze znalezionych wówczas w spodniach moniaków stworzyliśmy wspólną pulę pieniężną, która musiała pokryć koszty całego procesu produkcji. Kupiliśmy dwadzieścia butelek najtańszego ketchupu (w trakcie zdjęć okazało się, że pozostawia na skórze czerwone plamy), paczkę mielonego mięsa, makaron, kilka saszetek kisielu i... na pewno coś jeszcze. Cholera, być może budżet przekroczył jednak trzydzieści złotówek?
Jak zauważył jeden z nas (ekipa składała się z pięciu osób), do samego kręcenia zabraliśmy się dość późno. Pamiętam, że było już dobrze popołudniu, a my nie przewidzieliśmy tego, że charakteryzacja zajmie nam tyle czasu. Kisiel przygotowany przeze mnie w domu nie zdążył jeszcze stężeć, makaron właśnie się dogotowywał – i chyba dopiero w ostatniej chwili wpadliśmy na to, że w filmie powinna pojawić się postać czarnoskórego mężczyzny (co wymagało poświęcenia jednego mopa, piłeczki pingpongowej i czarnej kredki do twarzy). Nie narzekaliśmy ani na miejsce, gdzie urządziliśmy plan zdjęciowy, obejmujący duży dom, „industrialne” podwórko i sąsiadujące z posesją łąki, ani na brak militarnych rekwizytów, wśród nas znalazło się bowiem kilku zapaleńców, którzy zadbali o to, by w filmie wystąpiła półmetrowa maczeta, toporek czy śrutowy karabin. Zombienator powstał na nie przypisanej do żadnej parafii ziemi niczyjej, z dala od centrum miasta.
Opracowany przez nas dzień
wcześniej skrypt był zbiorem luźnych pomysłów, których
ostatecznie i tak nikt nie wykorzystał. Niezapomniane dialogi i
sceny walk powstawały na bieżąco – efekty specjalne natomiast
testowaliśmy dopiero w trakcie kręcenia kolejnych ujęć. Operator
nagrywał na aparat cyfrowy, od czasu do czasu krzycząc do nas:
Dobra, wystarczy!,
ale milczał, kiedy oblewaliśmy kogoś ketchupem. O tak, przecier
pomidorowy (tudzież to, z czego robią ten tani ketchup w Biedronce)
to chyba jedyna rzecz, na której w trakcie kręcenia
Zombienatora
nie oszczędzaliśmy.
Montowanie kilkudziesięciu krótkich nagrań z planu zajęło mi kilkanaście dni – finalna wersja filmu jest dużo krótsza niż się spodziewaliśmy. Dużo czasu poświęciłem również na materiały dodatkowe, obrobienie promocyjnych zdjęć, tapety, plakaty i cały ten szajs znajdujący się na płycie z limitowanej edycji. Tak naprawdę była to jedyna edycja, jaką udało nam się puścić w obieg.
Przed obejrzeniem Zombienatora zachęcam do zapoznania się z krótkim wywiadem, który można było znaleźć po wewnętrznej strony okładki filmu:
FILMy: Jak i
gdzie się to wszystko zaczęło?
Ekipa: Wszystko zaczęło się w
poniedziałek, a skończyło we wtorek. W poniedziałek wpadliśmy na
pomysł nakręcenia dobrego filmu o inwazji zombich, we wtorek już
ten pomysł realizowaliśmy. Wiadomo, zebranie ekipy to nie kwestia
pięciu minut...
F: Ile lat trwały zdjęcia do filmu
Zombienator: Pierwsze Rżnięcie?
E: Zdjęcia trwały
sześć godzin i dwadzieścia trzy minuty.
F: Widzowie nie
mogą się już doczekać. Podobno w filmie grają same znakomitości?
E:
Racja. Tytułową rolę zgodził się odegrać Tom Wachnik (Młotek
i trzy gwoździe, Bomba
tu, bomba tam, Umiem
jeździć bez trzymanki), w
rolach drugoplanowych świetnie odnaleźli się bracia bliźniacy –
czarnoskóry aktor Black Man (Be my and be black,
I love my black shoes,
Why I only see The Black?)
i Peter Long (Hi!,
Hello!, Bonjour!).
Do roli zombiego zatrudniliśmy Matthew Matha (Zabiję!,
Bo co?, Bo
gówno!) i Deadly Mana
(pochowany cztery lata temu, nie zdążył jeszcze znaleźć filmu
dla siebie).
F: Brzmi
wspaniale!
E: Wiemy!
F: Doszły mnie
słuchy, że w film włożono naprawdę dużo pieniędzy.
E: Tak. Budżet,
którym mogliśmy swobodnie dysponować sięgał trzydziestu złotych.
F: Podobno
większość tej sumy przeznaczono na efekty specjalne?
E: Mamy dwudziesty
pierwszy wiek i powinniśmy korzystać z dobrodziejstw technologii.
Zombienator nie mógłby powstać, przykładowo, pięć lat temu.
Dzisiaj technika stoi na wysokim poziomie.
F: Jak
zareklamowalibyście swój film?
E: Nie
zareklamowalibyśmy.
Trailer Zombienatora znajdziecie tutaj, a sam film – poniżej:
Koszt inwestycji na pl. Dąbrowskiego wyniósł 16 mln zł. To nie tylko
koszt wybudowania fontanny i wszystkich podziemnych instalacji, ale
również wymiany posadzki na placu i urządzenie na niej elementów małej
architektury. Inwestycję zrealizował Zarząd Dróg i Transportu wspólnie
ze ZWiK. Fontannę zaprojektował Rafał Szrajber. (gazeta.pl)
Dla Łodzian rozchyliła się w ostatnich dniach sierpnia. Ja w całej okazałości ujrzałem ją dzisiaj:

* Zdjęcie pochodzi ze strony: polskatimes.pl
Tagi: bez komentarza
Komunikacja ze spokojnymi kosmitami
na terenie Czech jest w pełnym toku
Na jednym z łódzkich blokowisk znalazłem fenomenalną ulotkę:

Przeglądając stronę Aniołów Nieba, poza wieloma kolorowymi grafikami i kilkudziesięciominutowymi filmami, natrafić można na listę warunków, jakie należy spełnić, aby połączyć się z Kosmicznymi Przyjacielami. Na przykład:
5. Zlikwidować – usunąć negatywną literaturę, tzn, książki i czasopisma o wojnach, erotice, i negatywnych kosmitach (UFO – porwania, spadnięcie statków kosmicznych itd.) – promiennik negatywnych energii.
6. Nie czytać negatywne książki i czasopisma, nie oglądać negatywne filmy, również jest dobre lekceważyć politikę, bo jest pełna złych wibracji.
A czy Ty pozwolisz, by za pomocą entytów negatywnych ekstraterestryalnymi sterowały Tobą Jaszczury z Piekła?
* Jeżeli ktokolwiek uważa, że celem tej notki jest obrażenie czyichkolwiek uczuć religijnych – jest w grubym błędzie.